WERONIKA

14/11/2021

Wznowiona powieść „Weronika” po raz pierwszy została wydana w 2004 roku.  Wydał ją i wznowił Dom Wydawniczy „Rafael” z Krakowa. Opowiada o losach kobiety, która w dojrzałym wieku postanowiła dobrowolnie skorzystać z domu opieki.

Narracja prowadzona w dwóch płaszczyznach czasowych: kadry-rejestrujące teraźniejszość życia Weroniki i podróże, będące retrospekcją i opowiadaniem minionych lat.

Powieść nie jest jednak ani nudna, ani monotonna. Opowiada o losie kobiety, która w niełatwym życiu starała się radzić sobie, opierając się o wiarę w Boga, miłość do najbliższych i  etykę czrześcijańską.

Weronika nie miała łatwego życia. Przeżyła wojnę, śmierć matki, obojętność ojca, nieudane małżeństwo,  samotne wychowanie dwojga dzieci, z których jedno – córka, nie za badzo ją rozumiało. Decyzję o soich latach w domu opieki podjęła dobrowolnie, nie chąc być dla nikogo ciężarem.

Powieść w podtekście zadaje pytania o kształt polskiej rodziny o powinność dzieci wobec starych rodziców, o empatię i zachowanie człowieczeństwa.

A oto fragment tej książki:

 

Podróż trzecia – w czas dojrzałych owoców

W   DOROSŁE   ŻYCIE

Po śmierci matki ojciec Weroniki ożenił się z Alicją. Była to piękna i inteligentna osoba, ale nie przypadły sobie wzajemnie do serca.  Weronika postanowiła się usamodzielnić  na tyle, aby nie stać nowo powstałemu małżeństwu na drodze do szczęścia i stabilizacji.

   Podjęła pracę w szkole rolniczej we wsi  Jagodno.  Wiejska młodzież polubiła młodą nauczycielkę za organizowanie rajdów, potańcówek, a także wieczornic poetyckich.

 Z braku intelektualnego środowiska świeżo upieczona polonistka wyżywała się w swoich teatralnych pasjach. Stworzyła grupę recytatorsko – teatralną, czym zachwyciła dyrektora Woźniaka.

   Gdy jednak po skończonych próbach lub udanym przedstawieniu młodzież rozchodziła się do domów, Weronika zostawała sama. Mieszkała na małej stancyjce u Walentowiczów. Warunki były surowe.

Brak łazienki i centralnego ogrzewania nie przerażał jednak młodej nauczycielki. Najbardziej dręczyła ją samotność. Nie znajdowała wspólnego języka z tutejszym środowiskiem. Dla nich była „panienką z miasta”. Robili uprzejme miny, obserwując ją uważnie. Czuła na plecach ich spojrzenia, denerwowało ją dziwne milczenie lub przerywanie rozmów, gdy wchodziła do kuchni gospodarzy.

   Większość czasu spędzała przy uczniowskich zeszytach i pisaniu scenariuszy do szkolnego teatru. Czasami pisała wiersze. Wydarta z korzeniami z miejsc, które kochała, odreagowywała swoją samotność w poezji. Pisała:

 

Już nie uciekam w puste miejsce obok

 gdzie na poduszce sen się rozpanoszył

 rąk nie chcę chciwych – chwil jak czarne skrzydła

Spomiędzy mroku i drgnienia powieki

już się nie sypią nawet dzikie wiśnie

(………………………………………………… )

Już tylko słowa rodzić mogę w krzyku……

 

Jakoś dziwnym  trafem, ten fragment wiersza napisanego w Jagodnie Weronika zapamiętała. Pamiętała też tęsknotę za miłością, prawdziwym domem i macierzyństwem.  Z czułością pochylała się nad dwuletnią córeczką swoich gospodarzy.

 Jej ciało, serce, wrażliwa duchowość wołały o spełnienie, którym miała być maleńka, poczęta pod sercem istota.

 

RYSZARD

 

Poznała go przypadkiem na jednej z wieczornic poetyckich.

Gdy przy płonącym kominku w świetlicy szkolnej recytowali swoje ulubione wiersze, on wstał i wygłosił krótki monodram. Sugestywna recytacja tak zachwyciła Weronikę, że poprosiła go o rozmowę.

  Siedzieli do późnej nocy w pustej , szkolnej świetlicy. Pili herbatę, rozmawiali o poezji, teatrze, literaturze.

     Ryszard przerastał swoje środowisko. Był ślusarzem. Pracował w pobliskim zakładzie przemysłowym, dużo czytał, interesował się recytacją, teatrem.

     Jasny promyk słońca rozświetlił szare dni Weroniki.

 Spotykali się często na rozmowy o życiu i poezji. Spacerowali po lasach i łąkach, Ryszard zrywał jej naręcza kwiatów, recytował wiersze. Ona zanurzała twarz w wilgotnych bukietach Fala szczęścia zalewała jej duszę.

Po czterech miesiącach wzięli ślub.

  Tańczyli pod gwiazdami, gdy świadkowie i najbliżsi rozjechali się do domów. Marzyli, całowali się. Zaczęli wspólnie urządzać wynajęte mieszkanie.

  W niedzielę chodzili na wycieczki. Ryszard brał plecak, ustną harmonijkę. On grał, ona śpiewała. Zbierali maliny, jeżyny, jagody, grzyby. Przynosili do domu dziwne korzenie, które on czyścił, lakierował, nadawał im sens, tworząc z nich lampy, kinkiety, świeczniki.

   Wieczorami słuchali muzyki. Każde z nich robiło co innego. Ryszard „obrabiał” korzenie, lub cos naprawiał, Weronika robiła mu swetry na drutach, szyła, cerowała. Często wspólnie czytali książki.

  Nocą zbliżali się do siebie, ciągle nieśmiali. Wyłuskiwali się z mroku, lgnęli cicho i bezszelestnie, odbierając w zamian radość nie do uniesienia.

 

Rano szli do pracy, w pośpiechu szykując śniadanie. Ryszard najczęściej wychodził pierwszy.

Weronika znajdowała na stole, kranie, kredensie małe karteczki z napisami „Kocham cię.”, „Życzę ci miłego dnia.”, ”Będę o 16, całuję, mąż.”

  Te karteczki dodawały jej sił. Każdy dzień rozpoczęty od ich przeczytania był dobry.

 

   Pół roku po ślubie poczęła się Zuzanna.

Ciążą była zagrożona. Weronika cierpliwie wędrowała z domu do szpitala i z powrotem. Znosiła napadowe bóle głowy i targające wnętrznościami nudności.

 

Gdy słabła, Ryszard był przy niej. Podtrzymywał bolącą głowę, parzył zioła, osłaniał.

Cierpienie wydawało się szczęściem. To przecież mimo wszystko, już była rodzina. Ich dwoje i maleńkie życie pod sercem.

  

     Gdy stan Weroniki na to pozwalał, chodzili na spacery. Znowu Ryszard rwał bukiety kwiatów, grał na organkach, zbierał korzenie. Ona siadała na leśnych pniakach, ociężała, przepełniona macierzyństwem i miłością do męża. Śmiała się cichutko, aby nie spłoszyć tych jasnych chwil. Później pisała:

 

Bajka codzienna,

narodzona z Tobą,

 powraca pocałunkiem brzasku.

Gdy oczy jeszcze sen unoszą,

czuję, jak ciepły będzie

każdy, następny dzień.

 

Nocą Ryszard kładł jej rękę na brzuchu. Cieszył się i razem z nią rozpoznawał ruchy dziecka.

Przytulał dwie istoty w jednym ciele i zasypiali we troje w poczuciu bezpieczeństwa.

 

  Zuzia urodziła się poprzez cesarskie cięcie. Przyszła na świat o drugiej w nocy, budząc październikowe gwiazdy. Była śliczna, maleńka i własna. Weronika długo dochodziła do zdrowia po urodzeniu córeczki. Cud rodzicielstwa pochłonął ich oboje bez reszty. Gdy zmęczona matka odsypiała nieprzespane noce, przy Zuzannie czuwał młody ojciec. To nic, że musiał zrywać się do pracy o piątej rano. Wstawał, karmił Zuzię mlekiem z butelki i kładł do łóżeczka usypiające dziecko.. Wychodząc, zostawiał karteczkę: „ Nasze maleństwo spało dobrze, zjadło wszystko,. Kocham Was i całuję – mąż i tata.”

Życie wchodziło w normalność. Rytm, który narzucała maleńka istota stał się codziennością .Ryszard pracował i uczył się. Weronika wróciła do zajęć szkolnych, powierzając córeczkę pod opiekę sąsiadki z przeciwka, pani Broni.      

  Tafla szczęścia lśniła świetliście i jasno.”

 

<< Wstecz